Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Znalazłam niedawno w necie artykuł o najmniejszym urodzonym i uratowanym dziecku w Australii. Elora de Bondi urodziła się w 24 tygodniu ciąży i w chwili narodzin ważyła jedynie 319 gram (nasza Mała 3360 ...) ! Spędziła aż 7 miesięcy w szpitalu walcząc o życie i zmagając się z niewydolnością nerek, infekcjami i problemami adaptacyjnymi z powodu tak wczesnego przyjścia na świat. Co ciekawe lekarze zalecali niejednokrotnie odłączenie od aparatury podtrzymującej życie na co za każdym razem nie chciała wrazić zgody mama dziewczynki. Elora przeżyła. I zgodnie z tym co znalazłam w necie żyje nadal. Pojawia się jednak pytanie - gdzie są granice ingerencji medycznej. Bez pomocy lekarzy i specjalistycznej aparatury to dziecko nie miałoby szans na przeżycie. Nie wiem jaka będzie jakość życia tej dziewczynki, z jakimi problemami zdrowotnymi będzie się musiała borykać przez całe swoje życie i czy nie przylgnie do niej stygmat "dziecka, które nie miało żyć". Przed ciążą jasno i dobitnie powiedziałabym, że niepotrzebnie ją podtrzymali przy życiu. Po urodzeniu Małej jednak nie jestem już taka kategoryczna. Macierzyństwo zmienia perspektywę, optykę i percepcję wielu spraw. Dziecko staje się papierkiem lakmusowym na to jacy jesteśmy i ile możemy. Niejednokrotnie nagina nasze granice wytrzymałości do maksimum, testuje cierpliwość. W chwili gdy Mała doprowadza mnie do szału i jedyne co mam ochotę zrobić to wrzasnąć na nią żeby w końcu była cicho, myślę sobie - przecież to moje dziecko, jak inaczej ma się ze mną komunikować jak nie za pomocą płaczu. Przy Małej staję się bardziej cierpliwa, tolerancyjna i wbrew pozorom, bardziej spokojna. Ale żeby nie było tak słodko do bólu to jaaasne, że mam dni kiedy jedyne co mam ochotę zrobić to wypisać się z tego całego bałaganu, wyjechać, odpocząć, zająć się sobą i dobrzerobieniem sobie. It just won't do ... Dziecko to orka 24/7, szczególnie kiedy wsparcie ze strony rodziny jest takie, że wszyscy się tak mega zajebiście cieszą, że jest Mała i na tym koniec tematu. Ale to temat na zupełnie odrębnego posta. Muszę jeszcze trochę poprzerabiać to w głowie, szczególnie jeżeli chodzi o stosunek mojej mamy do tematu "Mała".

"Tylko dzieci potrafią zatknąć kij w piasku, uznać, że jest królową i obdarzyć go miłością (...)" i dlatego należy patrzeć na dzieci, podziwiać, uczyć się od nich i cieszyć z nich. Zaczynam powoli rozumieć co mają na myśli ludzie, którzy mówią, że nie ma nic piękniejszego i bardziej wartościowego od rodzicielstwa.


P.S. Tęsknię czasami za Hussem i Rudim. Te dwa kotecki były dla mnie pierwszą lekcją "rodzicielstwa" jaką dane było mi zaliczyć. Czasami bardzo szkoda i smutno, że już ich z nami nie ma.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz