Szukaj na tym blogu

niedziela, 27 czerwca 2010


Dawno nic. Tak się złożyło. Trochę się działo. Mała miała kolejne szczepienie, więc trochę stresiku było. Zawsze się denerwuję szczepieniami. Mam obawy co do ewentualnych powikłań poszczepiennych. Naczytałam się chyba głupot na forach internetowych i tak to potem wygląda. Fora internetowe to zmora dla wszystkich kobiet w ciąży i młodych niedoświadczonych matek. Nigdy nie powiem, że fora internetowe pomagają czy uczą. Błędem jest jak sądzę ich postrzeganie. Przez wielu jako cenne i kompetentne źródło informacji (przeze mnie też do czasu). Jednak jak sobie człowiek uświadomi, że na tekie forum internetowe może wejść każdy i czytamy rady np. Zosi z Pścimia Dolnego o mentalności krowy rozpłodowej, to wtedy już nie jest tak kolorowo i kompetentnie. Wszelkim forom internetowym dla mam i kobiet w ciąży mówię więc stanowcze NIE!

Znalazłam ciekawy artykuł. o taki: http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/artykuly/1506050,1,dzieci-w-polsce-sa-chorowite-czyja-to-wina.read

Szczególnie mnie w nim poruszyły słowa prof Anny Dobrzańskiej, skądinąd krajowego konsultanta w dziedzinie pediatrii: "Co doprowadziło do tak katastrofalnego stanu? (zdrowia dzieci w Polsce) Prof. Anna Dobrzańska, krajowy konsultant w dziedzinie pediatrii, uważa, że to cena postępu medycyny: – Wiele wcześniaków jeszcze 10 lat temu nie miałoby szans na ocalenie. Heroiczne ratowanie noworodków urodzonych dwa, trzy miesiące przed terminem skutkuje niedojrzałością organizmu, który nie potrafi nadgonić czasu, jaki powinien spędzić w łonie matki – stąd u takich dzieci przewlekłe choroby płuc, zaburzenia wzroku i słuchu. (...)"

Sama nie wiem jak się sensownie do tego odnieść, to dość kontrowersyjne słowa, a padają z ust specjalisty. Z jednej strony postęp medycyny ratuje życie a z drugiej obniża jego jakość w przypadku wcześniaków. Będąc w szpitalu po urodzeniu Małej leżałam w jednym pokoju z dziewczyną, która urodziła w 32 tygodniu. Córeczkę. Oczywiście dzidzia leżała na oddziale wcześniaków i przez blisko tydzień patrzyłam codziennie na zmagania tej dziewczyny z całą ta sytuacją. Mała oczywiście cierpiała na wiele powikłań, problemy z oddychaniem, wagą, która raz w górę raz w dół - a przy wcześniakach wypis ze szpitala następuje dopiero po przekroczeniu konkretnego pułapu wagowego. Nie była bardzo silna i z trudnem przychodziło jej nadganianie, co wiązało się z perspektywą przynajmniej miesiąca w szpitalu. Szczerze współczułam. Do tego wszystkiego dochodził jeszcze paniczny strach tej dziewczyny przed wypisaniem do domu, bo jak sama mówiła nie wie jak sobie radzić z wcześniakiem a zostanie w pewnym momencie zupełnie sama. Koszmar. Przy tym wszystkim jednak miała wielką wolę walki o życie córeczki i optymizm, że wszystko będzie dobrze. Mam nadzieję, że tak się właśnie stało, żałuję bardzo, że nie wzięłam namiarów na nią. Tak to już jest jednak, zbyt byłam zaabsorbowana moim cudem narodzin.

A nasz cud narodzin kończy juro 5 miesięcy i zaczyna kolejny milowy miesiąc, 6-ty. Wiele ma się ponoć wydarzyć w tym miesiącu, w sensie rozwoju. Jestem bardzo ciekawa i oczekuję z niecierpliwością. No i uff, w tym miesiącu mija prawie całkowicie niebezpieczeństwo SIDS'u.
Aż trudno uwierzyć, że minęło już 5 miesięcy ... Czas jednak nie stoi w miejscu ...

wtorek, 22 czerwca 2010

Od 2 dni Mała próbuje przewracać się z pleców na brzuch :) Zabawnie wygląda jak się wkurza kiedy jej się nie udaje, a że na razie się jej jeszcze nie udaje to wkurzania jest sporo ;) Ale robi postępy w rozwoju, to najważniejsze.

Zastanawiałam się ostatnio co to właściwie oznacza być macho. Zastanawianie zaczęło się od spostrzeżenia. Oto spostrzegłam kilka tygodni temu z okna mojej sypialni pewnego pana, który właściwie codziennie o tej samej porze mężnie kroczy na spacer z małym bąblem w wózku ubranym zazwyczaj na różowo. Zakładając że nie mamy do czynienia z tragedią życiową i że w tym czasie partnerka leży w kąpieli z bąbelkami, widok naprawdę fajny. Dalej zastanawiałam się nad tym czy ów pan zmienia nagle kierunek jazdy widząc na horyzoncie grupę innych panów, lecz nie z grzechotką a piwem w dłoni. Oczywiście ze wstydu, że taki z niego zafajdany pantoflarz i zamiast przed tv z piwskiem oglądać Mistrzostwa Świata w piłce nożnej (jest jakiś skrót na to??) to lata po dworze z wózkiem. Kolejna moja myśl - czy z własnego wyboru chadza na te spacerki czy ma partnerkę zołzę. No i tutaj dochodzimy do sedna przemyśleń - czy w dzisiejszych czasach mamy nadal podział na role typowo męskie i damskie, czy są rzeczy, których facetom po prostu nie wypada robić, albo trochę wstyd robić? Co oznacza w dzisiejszych czasach bycie macho? Kiedyś sprawa była jasna - baba w domu dogląda dzieci i gospodarstwa (albo w zależności od majętności leży i pachnie) a facet zapitala w polu i pije bimber (lub w zależności od majętności coś bardziej wysublimowanego). Dziś niejednokrotnie baba może więcej wypić, lepiej zaorać pole a facet leży, pachnie i wklepuje kremiki (http://www.youtube.com/watch?v=K_ltTL6DOyg&feature=fvw). Jakie ma o odniesienie do rodzicielstwa? Czy pan zza mojego okna jest "miękką pizdą", którą wykorzystuje kobieta czy właśnie odwrotnie? Jak dla mnie odwrotnie. Nie ma z mojej perspektywy nic bardziej męskiego i pięknego niż mężczyzna, który potrafi wznieść się nad swoje męskie ego (i wyrzuć ze świadomości tradycyjny podział ról) i z uśmiechem zmienić pieluchę, wyjść z wózkiem czy przytulić swoje dziecko. Bycie macho macho jak dla mnie jest wtórne, nudne i słabe. Cieszy mnie, że mam w domu mężczyznę, który potrafi mi pomóc w opiece nad Małą, nie boi się tego i nie ucieka od tego. Mężczyznę dla którego opieka nad dzieckiem w pełnym wymiarze to nic wstydliwego i niemęskiego. Lubię patrzeć jak zajmuje się Małą, bo wiem, że Mała potrzebuje tego. Potrzebuje innego niż mój dotyku, innego rodzaju aktywności, innego głosu i sposobu opieki. Mam nadzieję, że będzie tak zawsze i że dzięki temu Mała wyrośnie na dowartościowaną i pewną siebie kobietę. Tego bym sobie bardzo życzyła :)

sobota, 19 czerwca 2010

Pewna bardzo bliska mi osoba stwierdziła, że po przeczytaniu mojego bloga zaczęła się o mnie poważnie martwić. Notabene sama wkrótce spodziewa się potomkini na świecie :) Podejrzewam więc, że negatywny wydźwięk tego co tutaj opisuję jest tym bardziej negatywny lub tak właśnie odczytywany. Nie będę prostowała, bo pod wszystkim co tutaj napisałam podpisuję się jeszcze raz obiema "ręcami" i "girami". Macierzyństwo dla kogoś kto dotychczas żył miłością własną, do partnera życiowego i wszelkich uciech życiowych jest lekcją nad lekcjami. Lekcją pokory, pokonywania egoizmu i hedonizmu własnego, lekcją cierpliwości, tolerancji czy w końcu zwyczajnie lekcją życia. Mała istota obok, która jest w 100% zależna od nas, nie przeżyje bez nas, jest przez nas i przede wszystkim przez naszą miłość i oddanie kształtowana od godziny 0, nie zna słowa urlop, day off czy nawet hour off. Trzeba więc jasno i otwarcie przyznać, że jest to kop w dupę tak wielki jak z Polski do Azerbejdżanu ...

ALE obok tego wszystkiego dziecko jest przede wszystkim tym co chyba każdy z nas w życiu poszukuje - jego sensem. I ... chyba więcej dodawać nie muszę.

A tak w ogóle to dziś jest dzień godny odnotowania :) Pierwszy raz od 13 miesięcy dostałam okres. Czuję się tak jakbym przeżywała poród Małej ponownie, tylko w skali mikro, albo trochę mikro. Jak sobie przypomnę to włos jeży mi się na głowie od nadmiaru emocji i wrażeń. Było ostroooo! To takie fizyczne doświadczenie, które jest trudno mi przyrównać do jakiegokolwiek innego z jakim było mi dotychczas się mierzyć. Taki miks bólu, strachu, wycieńczenia ale i ulgi i radości. No i jest to ten typ doświadczenia, który dany jest tylko kobietom (nawet jeżeli facet stoi obok łóżka porodowego, za czym opowiadam się całą sobą. Bez pomocy mojego M. nie dałabym rady za chuchu). Muszę jednak przyznać rację wszystkim tym, które mówią, że po czasie zapomina się o niewygodach porodu, bólu i strachu. To rzeczywiście gdzieś się materializuje w przestrzeni i przestaje straszyć w nocy. Kolejne dziecko też więc będę chciała rodzić siłami natury. Tym razem jak sądzę pójdzie 100 razy łatwiej.
Dziś jest więc przełomowy dzień. Odzyskałam siebie sprzed ciąży i chwilę po ciąży w 100%. Trzeba za to wypić :)

środa, 16 czerwca 2010


Straciłam wenę. Chyba potrzebowałabym żeby mnie ktoś nakręcił. Albo naładował baterie. Oj tak zdecydowanie potrzebuję ładowania baterii. Dziś był w sumie całkiem fajny dzień. Mała prawie nauczyła się jeść z łyżeczki, wygląda przy tym tak mega pociesznie, że mam ochotę ją zacałować na śmierć :) Ale jednak czuję zmęczenie materiału, po 20 tygodniach z Małą non stop. Potrzebuję choć jeden dzień i noc przerwy. A do sierpnia jeszcze szmat czasu.
O czym głębokim by tutaj dzisiaj napisać, hmmm ... Tak macierzyństwo to wielka sprawa więc pewnie zawsze trzeba pisać o wielkich rzeczach. A ja nie mam mocy na wielkie rzeczy. Obok zmęczenia czuję radość z każdego dnia z Małą. Fajnie patrzeć jak się zmienia, jak reaguje na nas, codziennie uczy się czegoś nowego. Jedynie czasami moją radość i spokój mąci strach o to by z nią wszystko było dobrze, by nie chorowała (tfu! tfu!) i nie spotkało nas nic złego. Ale taki strach jest chyba normalny. Niedawno znajomy na okrzyk jak pięknego ma syna odpowiedział: "Tak jest piękny i zdrowy, aż się boję że jest tak dobrze". Mam o samo. Pewnie wynika to z naszej polskiej mentalności, bo przecież nigdy nie może być super i doskonale i zawsze musi się coś zjebać. Postanawiam więc dziś przestać tak myśleć i zacząć stosować filozofię mojego kuzyna - optymizmem i pozytywnym myśleniem można zakląć rzeczywistość i nadać życiu dobry bieg. Chyba rzeczywiście coś w tym jest. Niech to będzie leitmotiv na kolejne dni, tygodnie, miesiące, lata. Tymczasem dziś mam wszystkiego dosyć i pozytywnie i optymistycznie idę wychylić bronka z sokiem imbirowym. Na lepsze samopoczucie i reset. Jutro też jest dzień :)

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Znalazłam niedawno w necie artykuł o najmniejszym urodzonym i uratowanym dziecku w Australii. Elora de Bondi urodziła się w 24 tygodniu ciąży i w chwili narodzin ważyła jedynie 319 gram (nasza Mała 3360 ...) ! Spędziła aż 7 miesięcy w szpitalu walcząc o życie i zmagając się z niewydolnością nerek, infekcjami i problemami adaptacyjnymi z powodu tak wczesnego przyjścia na świat. Co ciekawe lekarze zalecali niejednokrotnie odłączenie od aparatury podtrzymującej życie na co za każdym razem nie chciała wrazić zgody mama dziewczynki. Elora przeżyła. I zgodnie z tym co znalazłam w necie żyje nadal. Pojawia się jednak pytanie - gdzie są granice ingerencji medycznej. Bez pomocy lekarzy i specjalistycznej aparatury to dziecko nie miałoby szans na przeżycie. Nie wiem jaka będzie jakość życia tej dziewczynki, z jakimi problemami zdrowotnymi będzie się musiała borykać przez całe swoje życie i czy nie przylgnie do niej stygmat "dziecka, które nie miało żyć". Przed ciążą jasno i dobitnie powiedziałabym, że niepotrzebnie ją podtrzymali przy życiu. Po urodzeniu Małej jednak nie jestem już taka kategoryczna. Macierzyństwo zmienia perspektywę, optykę i percepcję wielu spraw. Dziecko staje się papierkiem lakmusowym na to jacy jesteśmy i ile możemy. Niejednokrotnie nagina nasze granice wytrzymałości do maksimum, testuje cierpliwość. W chwili gdy Mała doprowadza mnie do szału i jedyne co mam ochotę zrobić to wrzasnąć na nią żeby w końcu była cicho, myślę sobie - przecież to moje dziecko, jak inaczej ma się ze mną komunikować jak nie za pomocą płaczu. Przy Małej staję się bardziej cierpliwa, tolerancyjna i wbrew pozorom, bardziej spokojna. Ale żeby nie było tak słodko do bólu to jaaasne, że mam dni kiedy jedyne co mam ochotę zrobić to wypisać się z tego całego bałaganu, wyjechać, odpocząć, zająć się sobą i dobrzerobieniem sobie. It just won't do ... Dziecko to orka 24/7, szczególnie kiedy wsparcie ze strony rodziny jest takie, że wszyscy się tak mega zajebiście cieszą, że jest Mała i na tym koniec tematu. Ale to temat na zupełnie odrębnego posta. Muszę jeszcze trochę poprzerabiać to w głowie, szczególnie jeżeli chodzi o stosunek mojej mamy do tematu "Mała".

"Tylko dzieci potrafią zatknąć kij w piasku, uznać, że jest królową i obdarzyć go miłością (...)" i dlatego należy patrzeć na dzieci, podziwiać, uczyć się od nich i cieszyć z nich. Zaczynam powoli rozumieć co mają na myśli ludzie, którzy mówią, że nie ma nic piękniejszego i bardziej wartościowego od rodzicielstwa.


P.S. Tęsknię czasami za Hussem i Rudim. Te dwa kotecki były dla mnie pierwszą lekcją "rodzicielstwa" jaką dane było mi zaliczyć. Czasami bardzo szkoda i smutno, że już ich z nami nie ma.


niedziela, 13 czerwca 2010



A moje jest takie. A moje jest siakie. A moja przybiera dokładnie 33,6 g na dzień i robi zielone kupy. A moja z kolei aż 68 g i zastaję w pieluszce zawsze idealnie żółciutkie kupy. Spotkaliśmy się dziś z naszymi znajomymi, którym w bardzo niedawnym czasie urodziły się dzieci. Właściwie to przeżywamy aktualnie baby boom. Od grudnia do połowy maja urodziła się czwórka. Jest więc idealne pole do porównań. Sama zresztą złapałam się na tym, że w myślach przyrównuję naszą Małą do pozostałych. I od razu także w myślach trzepnęłam się obuchem przez łeb, bo po co robić porównania? Każde dziecko jest inne i nie ma czegoś takiego jak model uniwersalny i wzorcowy. Każda pociecha rozwija się w swoim tempie i to jest właśnie w dzieciach najpiękniejsze. Tylko dlaczego córka M i K jest taaaka mała?? ;)) Żartuję. Koniec z porównywaniem dzieci.
Inna kwestia to porównywanie wielkości tyłków świeżo upieczonych mam ... Tutaj nie ma zmiłuj. Siłą rzeczy przyrównuję mój stan zewnętrzny do stanu wizualnego innych świeżo upieczonych. Wypadam różnie i standardowo zapamiętuje tylko to porównanie, które wypada na moją niekorzyść. Biczuję się potem pół dnia w myślach dlaczego i jakim cudem ona wygląda tak dobrze a ja jak maciora w chlewie. No i oczywiście, że obiecuję sobie potem kolejne pół dnia, że przejdę na dietę cud i za 3 miesiące będę wyglądała jak chodząca okładka Cosmopolitana. Jasne. Jakoś się to nie dzieje, bo pomimo, że w dużym pokoju stoi orbitrek, że za każdym razem kroczę przez sklep ślepo patrząc na półki ze słodkościami, to, hmmm ... brakuje samozaparcia. Właściwie chciałabym napisać cały elaborat o tym jak to niełatwo jest być mamą, jednocześnie być na superdiecie i codziennie przynajmniej 30 minut ćwiczyć. Pewnie miałabym po części dużo racji. Bo każda mama pracuje 24/7 i nie jest to praca łatwa. Jednak ... która z nas nie lubi ładnie wyglądać. A prawda jest taka, że ciąża zmienia ciało kobiety. Samej trudno poznać mi w lustrze choćby moje piersi, które zamieniły się w dwie skarpety ... Kolejna prawda jest taka, że aby odzyskać swoje ciało czeka mnie (i nie tylko mnie) "kupa" pracy (śliczna i żółciutka ;)) i żadne wymówki tego nie zmienią. I tak oczywiście psioczę na niesprawiedliwość losu, że muszę przez to wszystko przechodzić. Zdecydowanie wolałabym leżeć na kanapie, objadać się lodami czekoladowymi i wyglądać jak Kate Moss.
Dziś jest 13.06.2010. Ważę 70kg. Ciekawe ile będę ważyła za pół roku. Przeczytam ten wpis i albo uśmiechnę się do swoich myśli, albo zaleję łzami. Bez ściemy - zależy to tylko ode mnie i mojej motywacji. Pan Józio spod monopolowego tego za mnie nie zrobi.

sobota, 12 czerwca 2010

Mój pierwszy post zabrzmiał tak, hmmm ... złowieszczo. Że tylko źle o macierzyństwie, że to okropne, że w ogóle jak to się stało, że ja mam dziecko. Małe więc sprostowanie. Nie będzie tylko pesymistycznie. Będzie również optymistycznie i szczerze. Chyba o to mi chodzi najbardziej. Nie będzie konwenansów i będę pisała prosto z mostu, może czasami przekraczając tabu, granice dobrego smaku i obiegowej opinii o macierzyństwie. Będzie też pozytywnie i miło. Różowo i landrynkowo, w końcu mam małą dziewczynkę po dachem :)

Mała retrospekcja. Najgorsze są pierwsze 2 miesiące. To była prawdziwa masakra. Najpierw 8 dni w szpitalu, bo Mała miała poważną żółtaczkę. Potem powrót do domu i myśl - co teraz, co dalej. Desperacki telefon do pielęgniarki środowiskowej. Jej krótka wizyta i dalsze znaki zapytania. Pierwszej nocy zmienialiśmy Małej pieluchę chyba z 10 razy, bo tyleż razy dumnie zrobiła w nią kupę. Potem nie było z górki. Hormony szalały, piersi bolały, Mała płakała, nie wiedzieliśmy co i jak i dlaczego. No i nagle wszyscy mnie zostawili. Mąż do pracy, mama też. Każdy się zwinął a ja zostałam sama jak ten palec z małym dzieckiem, którego do końca nie rozumiałam i wtedy jeszcze nie bardzo kochałam. "Co ja robię tu?" i dlaczego robię wszystko źle? No i dlaczego dziecko jest takie mało komunikatywne, otępiałe. O co k*** chodzi??? Tak to pokrótce wyglądało. Szczerze - nie radziłam sobie z tym wszystkim. Nie raz krzyczałam z bezsilności, płakałam ze zmęczenia i przeklinałam naszą (świadomą) decyzję o potomku.
Napisałam, że nie bardzo kochałam. Zgadza się. Nie bardzo. Miłość do córki nie zstąpiła na mnie z chwilą kiedy się pojawiła na świecie. Kochać ją się musiałam nauczyć i nadal się uczę. Jakoś nie bardzo wierzę w te dyrdymały, że obolała kobieta, z rozdartym kroczem (albo brzuchem), bolącymi piersiami i burzą hormonalną od razu z punktu kocha bezkrytycznie i bezwarunkowo swoje dziecko. Połóg to sama fizjologia i nie ma tutaj miejsca na uczucia wyższe. Jak dla mnie.

Teraz leci miesiąc 5-ty :) Cudowny miesiąc 5-ty. Mała przestała być zagadką i masakra pierwszych 2 miesięcy powoli odchodzi w niepamięć. Czasami jeszcze jedynie dźga nieznośna myśl czemu od początku nie potrafiłam być "matką sezonu", telepatycznie rozumieć swoje dziecko i zachwycać się nad stolcami jakie oddaje. Za chwilę jednak myślę sobie - "jestem tu i teraz" i jedyne co mogę zrobić to wyciągnąć wnioski z przeszłości i ... o tym napisać :)

piątek, 11 czerwca 2010

Nie jest to blog, który będzie traktował o tym, że macierzyństwo to przysłowiowa "bułka z masłem". Właściwie odwrotnie - jest to blog, na którym sprzeciwiam się obiegowej opinii, że bycie mamą to coś tak naturalnego jak oddychanie. Bycia mamą trzeba się nauczyć. Jak aktor swojej roli w filmie. I bynajmniej nie jest to lekkie, łatwe i przyjemne kino familijne ...

4,5 miesiąca temu urodziła się nasza córeczka. Przed jej narodzinami w najśmielszych snach nie śniłam czym tak naprawdę jest macierzyństwo. Przekonana, że jest dokładnie tak jak to się zwykło mawiać, czyli: "macierzyństwo jest wkodowane w każdą kobietę", "to łatwizna, bo przecież to dla nas naturalne", "nic się nie stresuj będziesz doskonale wiedziała co robić" itd, itp nie specjalnie zaprzątałam sobie głowę rozważaniami jak to będzie. Będzie jak będzie. W końcu to łatwizna. Rzeczywistość boleśnie zweryfikowała moje przekonania. I od razu zaznaczam, żeby nie było, kocham moją córkę nad życie i nie cofnęłabym czasu za żadną cenę. Miłości do niej jednak musiałam się uczyć. "Obsługi" jej także. W końcu kiedy wyskakuje dziecko nikt nie załącza standardowo instrukcji obsługi. Każdy dzień to była kolejna lekcja tej zupełnie dla mnie nowej roli - bycia mamą i niejednokrotnie czułam się totalnie sama i samotna w zmaganiach z nową rzeczywistością. Desperacko pragnęłam jakichś wskazówek, których z różnych przyczyn nie otrzymywałam.
Teraz 4,5 miesiąca później nadal jestem pełna obaw, znaków zapytania i często negatywnych myśli. Choć rzeczywistość jest już bardziej wyraźna i nazwana. Ma określony kształt i znajome zakamarki. Zechciałam pisać dziennik wszystkiego co mnie martwi, boli i niepokoi w macierzyństwie, ale też cieszy i wzrusza. Niejednokrotnie bywa tak, że pewnie niejednej z nas zdarza się stać nad ciemną otchłanią lecz wstydzimy się do tego przyznać, bo przecież macierzyństwo to łatwizna i coś absolutnie naturalnego dla każdej kobiety ... Może za kilka lat (miesięcy??) zajrzę tutaj i stwierdzę, że to totalne dyrdymały. Nieważne, moje dyrdymały i tak się czułam tego dnia i o tej godzinie. Mój pierwszy blog :)