Mój pierwszy post zabrzmiał tak, hmmm ... złowieszczo. Że tylko źle o macierzyństwie, że to okropne, że w ogóle jak to się stało, że ja mam dziecko. Małe więc sprostowanie. Nie będzie tylko pesymistycznie. Będzie również optymistycznie i szczerze. Chyba o to mi chodzi najbardziej. Nie będzie konwenansów i będę pisała prosto z mostu, może czasami przekraczając tabu, granice dobrego smaku i obiegowej opinii o macierzyństwie. Będzie też pozytywnie i miło. Różowo i landrynkowo, w końcu mam małą dziewczynkę po dachem :)
Mała retrospekcja. Najgorsze są pierwsze 2 miesiące. To była prawdziwa masakra. Najpierw 8 dni w szpitalu, bo Mała miała poważną żółtaczkę. Potem powrót do domu i myśl - co teraz, co dalej. Desperacki telefon do pielęgniarki środowiskowej. Jej krótka wizyta i dalsze znaki zapytania. Pierwszej nocy zmienialiśmy Małej pieluchę chyba z 10 razy, bo tyleż razy dumnie zrobiła w nią kupę. Potem nie było z górki. Hormony szalały, piersi bolały, Mała płakała, nie wiedzieliśmy co i jak i dlaczego. No i nagle wszyscy mnie zostawili. Mąż do pracy, mama też. Każdy się zwinął a ja zostałam sama jak ten palec z małym dzieckiem, którego do końca nie rozumiałam i wtedy jeszcze nie bardzo kochałam. "Co ja robię tu?" i dlaczego robię wszystko źle? No i dlaczego dziecko jest takie mało komunikatywne, otępiałe. O co k*** chodzi??? Tak to pokrótce wyglądało. Szczerze - nie radziłam sobie z tym wszystkim. Nie raz krzyczałam z bezsilności, płakałam ze zmęczenia i przeklinałam naszą (świadomą) decyzję o potomku.
Napisałam, że nie bardzo kochałam. Zgadza się. Nie bardzo. Miłość do córki nie zstąpiła na mnie z chwilą kiedy się pojawiła na świecie. Kochać ją się musiałam nauczyć i nadal się uczę. Jakoś nie bardzo wierzę w te dyrdymały, że obolała kobieta, z rozdartym kroczem (albo brzuchem), bolącymi piersiami i burzą hormonalną od razu z punktu kocha bezkrytycznie i bezwarunkowo swoje dziecko. Połóg to sama fizjologia i nie ma tutaj miejsca na uczucia wyższe. Jak dla mnie.
Teraz leci miesiąc 5-ty :) Cudowny miesiąc 5-ty. Mała przestała być zagadką i masakra pierwszych 2 miesięcy powoli odchodzi w niepamięć. Czasami jeszcze jedynie dźga nieznośna myśl czemu od początku nie potrafiłam być "matką sezonu", telepatycznie rozumieć swoje dziecko i zachwycać się nad stolcami jakie oddaje. Za chwilę jednak myślę sobie - "jestem tu i teraz" i jedyne co mogę zrobić to wyciągnąć wnioski z przeszłości i ... o tym napisać :)
Mała retrospekcja. Najgorsze są pierwsze 2 miesiące. To była prawdziwa masakra. Najpierw 8 dni w szpitalu, bo Mała miała poważną żółtaczkę. Potem powrót do domu i myśl - co teraz, co dalej. Desperacki telefon do pielęgniarki środowiskowej. Jej krótka wizyta i dalsze znaki zapytania. Pierwszej nocy zmienialiśmy Małej pieluchę chyba z 10 razy, bo tyleż razy dumnie zrobiła w nią kupę. Potem nie było z górki. Hormony szalały, piersi bolały, Mała płakała, nie wiedzieliśmy co i jak i dlaczego. No i nagle wszyscy mnie zostawili. Mąż do pracy, mama też. Każdy się zwinął a ja zostałam sama jak ten palec z małym dzieckiem, którego do końca nie rozumiałam i wtedy jeszcze nie bardzo kochałam. "Co ja robię tu?" i dlaczego robię wszystko źle? No i dlaczego dziecko jest takie mało komunikatywne, otępiałe. O co k*** chodzi??? Tak to pokrótce wyglądało. Szczerze - nie radziłam sobie z tym wszystkim. Nie raz krzyczałam z bezsilności, płakałam ze zmęczenia i przeklinałam naszą (świadomą) decyzję o potomku.
Napisałam, że nie bardzo kochałam. Zgadza się. Nie bardzo. Miłość do córki nie zstąpiła na mnie z chwilą kiedy się pojawiła na świecie. Kochać ją się musiałam nauczyć i nadal się uczę. Jakoś nie bardzo wierzę w te dyrdymały, że obolała kobieta, z rozdartym kroczem (albo brzuchem), bolącymi piersiami i burzą hormonalną od razu z punktu kocha bezkrytycznie i bezwarunkowo swoje dziecko. Połóg to sama fizjologia i nie ma tutaj miejsca na uczucia wyższe. Jak dla mnie.
Teraz leci miesiąc 5-ty :) Cudowny miesiąc 5-ty. Mała przestała być zagadką i masakra pierwszych 2 miesięcy powoli odchodzi w niepamięć. Czasami jeszcze jedynie dźga nieznośna myśl czemu od początku nie potrafiłam być "matką sezonu", telepatycznie rozumieć swoje dziecko i zachwycać się nad stolcami jakie oddaje. Za chwilę jednak myślę sobie - "jestem tu i teraz" i jedyne co mogę zrobić to wyciągnąć wnioski z przeszłości i ... o tym napisać :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz