
Straciłam wenę. Chyba potrzebowałabym żeby mnie ktoś nakręcił. Albo naładował baterie. Oj tak zdecydowanie potrzebuję ładowania baterii. Dziś był w sumie całkiem fajny dzień. Mała prawie nauczyła się jeść z łyżeczki, wygląda przy tym tak mega pociesznie, że mam ochotę ją zacałować na śmierć :) Ale jednak czuję zmęczenie materiału, po 20 tygodniach z Małą non stop. Potrzebuję choć jeden dzień i noc przerwy. A do sierpnia jeszcze szmat czasu.
O czym głębokim by tutaj dzisiaj napisać, hmmm ... Tak macierzyństwo to wielka sprawa więc pewnie zawsze trzeba pisać o wielkich rzeczach. A ja nie mam mocy na wielkie rzeczy. Obok zmęczenia czuję radość z każdego dnia z Małą. Fajnie patrzeć jak się zmienia, jak reaguje na nas, codziennie uczy się czegoś nowego. Jedynie czasami moją radość i spokój mąci strach o to by z nią wszystko było dobrze, by nie chorowała (tfu! tfu!) i nie spotkało nas nic złego. Ale taki strach jest chyba normalny. Niedawno znajomy na okrzyk jak pięknego ma syna odpowiedział: "Tak jest piękny i zdrowy, aż się boję że jest tak dobrze". Mam o samo. Pewnie wynika to z naszej polskiej mentalności, bo przecież nigdy nie może być super i doskonale i zawsze musi się coś zjebać. Postanawiam więc dziś przestać tak myśleć i zacząć stosować filozofię mojego kuzyna - optymizmem i pozytywnym myśleniem można zakląć rzeczywistość i nadać życiu dobry bieg. Chyba rzeczywiście coś w tym jest. Niech to będzie leitmotiv na kolejne dni, tygodnie, miesiące, lata. Tymczasem dziś mam wszystkiego dosyć i pozytywnie i optymistycznie idę wychylić bronka z sokiem imbirowym. Na lepsze samopoczucie i reset. Jutro też jest dzień :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz